Część 1
Część 1
Był mroźny poranek, a ulice i chodniki, na których zalegał nieodgarnięty śnieg, były bez życia. Promienie słońca odbijały się w białym puchu. Z jednej z bocznych uliczek wyszedł rudowłosy chłopak. Na sobie miał tylko wytarte dżinsy i wiatrówkę, ale nie było mu zimno. Odgarnął kosmyk rudych włosów i przetarł oczy, które zaraz musiał zmrużyć, gdyż promienie słońca odbijające się w śniegu raziły go.
- Pierwszy dzień na wolności… – Powiedział cicho sam do siebie.
Sięgnął do kieszeni i wyciągnął parę drobniaków. Wszedł do sklepu i kupił bułkę i dwa plasterki szynki. Usiadł na krawężniku i zaczął jeść, ale zaraz się skrzywił. Bułka była twarda, wczorajsza, a mięso niedobre, ale nie miał wyboru, albo coś zje, albo umrze z głodu. Jedząc myślał, co teraz musi zrobić.
Nagle z zamyślenia wyrwał go ryk silnika samochodowego. Marek, bo tak miał na imię chłopak, szybko zerwał się na równe nogi i skrył się za rogiem budynku. Radiowóz, który był źródłem owego hałasu, zatrzymał się obok sklepu, z którego on wyszedł parę minut temu. Dwóch mundurowych wysiadło z samochodu, jeden wszedł do sklepu i prawdopodobnie rozmawiał z kasjerką, a drugi na szybie sklepu wywiesił jakieś ogłoszenie. Po chwili obaj wsiedli z powrotem do auta i pojechali, a Marek podszedł zaciekawiony do szyby i przyjrzał się ogłoszeniu. To był on, zdjęcie sprzed pół roku, miał wtedy włosy do szyi, teraz ma trochę dłuższe, ale to bezsprzecznie on. Treść była następująca „Zaginiony Marek Cebula, ostatnio widziany 10. marca tego roku. Po szkole nie wrócił do domu, policja podejrzewa, że było to porwanie…”. Odechciało mu się czytać dalej, to były kłamstwa, uciekł 9. marca i nie po szkole, bo wrócił do domu. Przypomniał sobie ten dzień.
***
- Wszystko jest gotowe – Powiedział sam do siebie i uśmiechnął się. Zawsze marzył o tym by uciec i teraz jego marzenie się spełniało.
Powoli doszedł do bramy, wszedł przez furtkę, ale zamiast do drzwi frontowych skierował swoje kroki do okna od piwnicy. Na razie wszystko szło po jego planie, okno było otwarte. Wśliznął się do środka. Ciemność. Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę i spróbował zapalić. Nic.
- Cholera, nie teraz…
Spróbował jeszcze raz. Nic. Potrząsną zapalniczką i nacisnął jeszcze raz, mocniej. Mały płomyk pojawił się na zapalniczce. Chłopak szybko odnalazł wcześniej przygotowany plecak. Sprawdził czy wszystko jest. Już miał wychodzić przez okno, gdy nagle przypomniał sobie o tym, że w zapalniczce nie ma już gazu. Po cichu wyszedł na górę i wszedł do kuchni. Nikogo nie ma.
- Teraz tylko znaleźć zapałki i w nogi… – Szepnął.
Szybko przeszukał szuflady i szafki. Nic. Sprawdził na lodówce i z dziwnym przeczuciem też w środku. Pusto. Już miał wyjść z kuchni, gdy usłyszał klucz przekręcany w zamku. Serce przyspieszało mu coraz bardziej. Zaklął cicho i już miał się rzucić biegiem, gdy zobaczył pudełko zapałek na ziemi obok kosza na śmieci. Chwycił je i nie zastanawiając się czy pudełko jest pełne, pobiegł do piwnicy, wziął plecak i wyrzuciwszy go przez okno i dał nura za nim. Zobaczył Opla Astrę ojca na podjeździe. Już miał ruszyć do bramy, gdy zobaczył drugi samochód wjeżdżający na posesje. Matka. Ta droga ucieczki odpada. Zarzucił plecak na ramię i pobiegł dookoła domu do ogrodu. Śnieg przeszkadzał mu w szybkim biegu, ale nie mógł dać się zauważyć. Nagle zorientował się, że ojciec może go zobaczyć przez okno. Szybko wskoczył za żywopłot i odetchnął głęboko. Nie przeszkadzało mu to, że siedział na śniegu, adrenalina rozgrzewała go i nie czuł zimna. Powoli wciągnął i wypuścił powietrze z płuc. Uspokoił się. „Teraz muszę szybko wymyślić, co dalej” pomyślał. Na czworaka przeczołgał się do płotu. Spojrzał czy nikt nie stoi przy oknie. Pusto. Chłopak ocenił swoje szanse w „starciu” z dwu i półmetrowym płotem i drutem kolczastym na szczycie. Wybrał drogę dołem. Zaczął szukać jakiejś dziury, czegokolwiek, co mogłoby mu pomóc w ucieczce. Znalazł. Obok słupka kawałek siatki nie trzymał się dobrze. Marek chwycił siatkę i pociągnął, najpierw lekko, potem trochę mocniej, aż dziura była wystarczająco duża. Przeczołgał się i już był po drugiej stronie. Wstał i zaczął biec, byle daleko od domu, a właściwie byłego domu. Był wolny. Zatrzymał się. Był już cztery ulice od byłego miejsca zamieszkania. Teraz jego celem był PKS, już wolniej ruszył w jego stronę. Uśmiechnął się.
***
Teraz był już w innym mieście, około dziesięciu kilometrów dalej, to nie daleko, bo jak widać tutaj też zaczęli go już szukać. Wyszedł zza rogu i przystanął, teraz musi szukać dworca PKP, nie może przemieszczać się już autobusem, to zbyt wolne i drogie. Odetchnął zimnym marcowym powietrzem.
- Witaj nowe życie. – Szepnął i uśmiechnął się.
Ruszył przed siebie.
_____________
Wiadomo: wszystkie komentarze, oceny, krytyki na gg: 8656771